Nie był to związek łatwy ani szczególnie dobrze widziany przez otoczenie.
Chleb miał węglowodany. Jona miała dietę. W normalnych okolicznościach oznaczałoby to rozstanie z powodu niezgodności charakterów, ale Jona nie należała do ludzi, którzy pozwalają tabeli wartości odżywczych decydować o swoim życiu uczuciowym.
Poza tym chleb pachniał.
I tu kończyła się nauka, a zaczynały problemy.
Zwłaszcza jeśli był świeży. Z chrupiącą skórką. Jeszcze lekko ciepły. Najlepiej taki, który po przekrojeniu pachniał kwaśno zakwasem i miał w środku te nierówne dziury świadczące o tym, że ktoś poświęcił mu zdecydowanie więcej uwagi, niż Jona była skłonna poświęcić ludziom.
Jona usiadła przy stole.
Przed nią leżała kromka.
Jedna.
Nie była szczególnie duża.
— Nie patrz tak na mnie — powiedziała.
Kromka milczała.
To było najgorsze w pieczywie. Nigdy nie wdawało się w dyskusje, dzięki czemu zawsze miało przewagę moralną.
Jona westchnęła.
Problem nie polegał na tym, że nie wiedziała, co znajduje się w chlebie. Wiedziała aż za dobrze.
Problem polegał na tym, że ostatnio znacznie więcej czasu spędzała na siedzeniu niż na poruszaniu kończynami w sposób, który można byłoby z czystym sumieniem nazwać aktywnością fizyczną.
Owszem, chodziła.
Do kuchni.
Do łazienki.
Raz poszła nawet sprawdzić, dlaczego coś stuka w wentylacji.
Stukało nadal, za to Jona miała za sobą prawie czterdzieści metrów marszu. Z punktu widzenia kondycji metabolicznej trudno było jednak uznać dzień za uratowany.
Rower stał pod ścianą.
Jona była niemal pewna, że patrzy na nią z wyrzutem.
— Ty się nie odzywaj.
Rower zastosował tę samą taktykę co kromka.
Jona spojrzała na niego.
Potem na chleb.
Potem znowu na rower.
Zaczynała podejrzewać, że te dwie rzeczy są ze sobą powiązane w sposób głęboko niesprawiedliwy.
- Generalnie zasada jest prosta: im mniej jeździsz rowerem, tym mniej masz prawa do chleba. Sprawiedliwe? Absolutnie nie. Prawdziwe? Absolutnie tak.
Oczywiście nie chodziło o prawo w sensie ścisłym.
Nikt jeszcze nie powołał Międzyplanetarnej Komisji do Spraw Przydziału Pieczywa.
Jona nie wykluczała jednak, że gdzieś istnieje już podkomisja.
Chodziło o coś znacznie mniej widowiskowego.
Organizm naprawdę zauważa różnicę między dniem spędzonym w ruchu a dniem spędzonym głównie na przesuwaniu palcem po ekranie.
Mięśnie zużywają glukozę. Aktywność fizyczna zwiększa wydatek energetyczny i może poprawiać wrażliwość insulinową. Nie oznacza to oczywiście, że po przejechaniu dziesięciu kilometrów człowiek otrzymuje certyfikat uprawniający do zjedzenia połowy piekarni.
Niestety.
Jona sprawdziła.
Ruch nie dawał immunitetu na piekarnię. Zmieniał jednak trochę zasady gry.
Ilość węglowodanów, z którą organizm dobrze sobie radzi, nie musi być przecież wartością wyrytą w kamieniu.
To zależy.
Jona nie lubiła wyrażenia „to zależy”.
„To zależy” było językowym odpowiednikiem instrukcji obsługi zaczynającej się od słów: „Przed rozpoczęciem należy zapoznać się z...”.
Człowiek od razu wiedział, że za chwilę straci pół godziny życia.
A jednak zależało.
Od aktywności. Od całego posiłku. Od ilości chleba. Od tego, co znajdzie się obok niego. Od indywidualnej odpowiedzi organizmu. Od metabolizmu konkretnego człowieka.
I prawdopodobnie jeszcze od siedemnastu rzeczy, o których Jona wolała w tej chwili nie wiedzieć.
Spojrzała ponownie na kromkę.
Sama kromka chleba była po prostu kromką chleba.
Dramat zaczynał się dopiero wtedy, gdy człowiek próbował ustalić, czy jest ona dobra, zła, dozwolona, zakazana, keto, nie-keto, low carb, high carb, grzeszna, oczyszczona z winy albo wymagająca czterdziestu minut pokuty na rowerze stacjonarnym.
Internet potrafił zrobić z kromki chleba zagadnienie filozoficzne.
Jona uważała to za imponujące.
Posmarowała ją masłem.
Uznała, że skoro już ma popełnić wykroczenie, nie będzie robiła tego na sucho.
Dołożyła jajko.
Potem kawałek sera.
Przez chwilę rozważała ogórka, ale doszła do wniosku, że istnieją granice zdrowego rozsądku.
Teraz przynajmniej chleb przestał udawać samodzielny posiłek.
Zjadła.
Powoli.
Był bardzo dobry.
Świat się nie skończył.
Alarm metaboliczny nie zawył.
Z sufitu nie wysunęła się czerwona lampka.
Nie pojawił się również urzędnik z Międzyplanetarnej Komisji do Spraw Przydziału Pieczywa.
Jona poczekała jeszcze chwilę, na wszelki wypadek.
Nic.
— No dobrze — powiedziała.
Rower nadal stał pod ścianą.
I wtedy pojawiła się druga myśl.
Znacznie gorsza.
Jeśli chciała od czasu do czasu jeść chleb bez prowadzenia przy stole negocjacji przypominających rozmowy pokojowe między zwaśnionymi mocarstwami, mogła po prostu więcej się ruszać.
Było to rozwiązanie tak rozsądne, że Jona od razu poczuła do niego niechęć.
Spojrzała na rower.
Rower odpowiedział milczeniem.
Najwyraźniej był w zmowie z chlebem.
Pięć minut później Jona pedałowała.
Nie dlatego, że musiała odkupić kromkę.
Jedzenia nie trzeba odpracowywać.
Nie jechała też dlatego, że nagle odkryła w sobie miłość do sportu.
Bez przesady.
Jechała, bo między „nigdy więcej chleba” a „jem, ile chcę i nic mnie nie obchodzi” istniał jeszcze ogromny obszar, w którym można było zwyczajnie używać rozsądku.
Jona nie była zachwycona.
Rozsądek miał fatalną cechę: bardzo często wymagał ruszenia tyłka z kanapy.
Po dwudziestu minutach zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście jest wart aż takiego wysiłku.
Po trzydziestu była już pewna, że nie.
A potem przypomniała sobie zapach świeżego chleba.
Pedałowała dalej.
Strona powstała dzięki:
LowStyleLife App & Web Digital Studio
Adres e-mail: studio@ailowstylelife.online.
To Katalog SEO
Website created in white label responsive website builder WebWave.